Blog > Komentarze do wpisu
Rattanakosin, pociąg na południe

 

 

Rano wstajemy i idziemy do TAT zarezerwować autobus na południe. Mówiono mi wcześniej, że pociąg najlepiej zarezerwować z wyprzedzeniem, a nie wiedzieliśmy dokładnie jakie H i M mają plany, więc pytamy o ceny autobusów.

Okazuje się jednak, że możemy zarezerwować pociąg sypialny do Surat Thani, a stamtąd autobus do Krabi. Krabi jest najtańszą opcją, więc decydujemy się spędzić tam pierwszą noc zanim wsiądziemy na łódź do Phuket.

Rezerwujemy cztery kuszetki w drugiej klasie (ok. 19 funtów za osobę za całą podróż do Krabi).

Pociąg odjeżdża o 19.30, mamy więc przed sobą cały dzień. Jedziemy tuk-tukiem na Rattanakosin, do Pałacu Królewskiego.

 

 

Hayley i ja jesteśmy dobrze przygotowane na wejście do pałacu, mamy długie spodnie i lekkie sweterki. Mike wyciąga z torby czerwone haremy Hayley, a Matt staje w kolejce po długie spodnie. Wygląda w nich jak Hare Krishna.

Przy pałacu i świątyni mój palec nie schodzi z migawki. Architektura jest tak inna od wszystkiego, co do tej pory widziałam. Choć z bliska widać, że nie wszysko złoto co się świeci (ściany świątyni Wat Phra Kaew są wyłożone mozaiką z kolorowych szkiełek i lusterek) to jednak taki natłok błyszczących w słońcu elementów nas przytłacza.

 

 

Wchodzimy obejrzeć Szmaragdowego Buddę, pilnując aby nasze stopy nie były skierowane w jego kierunku. Sam Budda ma tylko 60 cm, ale jest ustawiony na wielkim ołtarzu ociekającym złotem. To pierwszy Budda jakiego widzimy w tajskiej świątyni. Nie ostatni.

Wracamy na Kao San po nasze bagaże, jemy coś na ulicy (spokojnie można się najeść za 50 BHT, czyli 1 funta) i jedziemy na dworzec.

Ja, po niepowodzeniach z kartami kredytowymi w końcu wybieram pieniądze z karty debetowej. Mamy za co żyć!

 

 

Na dworcu zaskakują nas wydzielone siedzenia dla mnichów, i rzeczywiście jest ich tu wielu. Ogolone głowy i szafranowe szaty wyróżniają się spośród tłumu.

Mike i Hayley opowiadali nam wcześniej o swoich przeżyciach pociągowych, z których pierwsze mroziło krew w żyłach, kolejne natomiast okazały się całkiem przyjemne. Czyste, szerokie łóżka, komfort.

Na to też liczymy wsiadając do naszego pociągu do Surat Thani. Pierwsze wrażenie: standard PKP; podobnym pociągiem jechaliśmy z Wrocławia do Gdyni na Openera. Sielanka trwa jednak tylko do momentu pojawienia się pierwszego karalucha.

Mike i Hayley objaśniają, że takie małe karaluchy spokojnie można zabijać butem, bo w przeciwieństwie do dorosłych nie noszą one jajeczek, które zalęgną się na podeszwie buta po uderzeniu.

Ja mam oczy szeroko otwarte z przerażenia, przy opowieści o latających karaluchach odechciewa mi się tej całej podróży.

Gramy w podróżne Scrabble, po czym wszyscy układamy się do snu. Ja zakładam bluzę z kapturem i naciągam ją głęboko na twarz (całe szczęście, że wagon jest klimatyzowany). W nocy mam dreszcze i kilka razy wymiotuję w toalecie, która znowu przywodzi na myśl PKP.

Po ciężkiej nocy dojeżdżamy do Surat Thani. Na dworcu, o siódmej rano pełno już porozstawianych stoisk z jedzeniem, kawałkami mięsa na grillu, rybą, ryżem, warzywami. Specyficzny zapach tajskiego jedzenia, który zwykle bardzo mi odpowiada, tym razem kieruje mnie prosto do toalety.

Nie mamy czasu na postój, bo już czeka na nas autobus do Krabi, dwieście metrów od dworca. Wrzucamy plecaki do luku bagażowego i ładujemy się do autobusu, gdzie okazuje się, że zostało już tylko jedno miejsce siedzące. Wycofujemy się szybko, ale kierowca pogania nas, mówiąc, że w tych warunkach jedziemy tylko 20 minut, potem przesiądziemy się do innego autobusu. Siadamy więc na schodach obok kierowcy, który prowadzi autobus boso, kiwając się w rytm muzyki z radia. Nad kierownicą zawieszone są wianki z kwiatów, takie jakie można kupić na skrzyżowaniach. Na desce rozdzielczej siedzi uśmiechnięty Budda.

Po około 20 minutach nasz autobus pełen białasów (są Europejczycy, Amerykanie, Australijczycy) zjeżdża w polną drogę, która wygląda jakby prowadziła donikąd. Włącza mi się lekki alarm, ale zupełnie niepotrzebnie. Dojeżdżamy do małej stacyjki w dżungli, gdzie pasażerowie przesiadają się do właściwych autobusów. Są osoby, które jadą na Ko Samui, Phuket, Ko Lanta, i tak jak my, do Krabi.

Ruszamy w dalszą drogę i po około 2 godzinach lądujemy na podobnej stacyjce w dżungli. Leje deszcz.

Więcej zdjęć TUTAJ.

 

niedziela, 06 lutego 2011, quark_xpress

Polecane wpisy

  • Podróż: Manchester-Doha

    Lot z Manchesteru do Doha. W pierwszym rzędzie angielska rodzina z dwójką dzieci. Starsze, 3-letnia dziewczynka o płomienno rudych włosach, rysuje na iPadzie i

  • Relacje z Tajlandii

    Donoszę uprzejmie, że w pracy wychodzę powoli na prostą, coraz więcej prezentów świątecznych kupionych (na razie wyłącznie przez internet), więc zabiorę się już

  • Bangkok: Sunny

    Jutro wylatujemy! Postaram się napisać z w lotniska w Doha (zrezygnowałam już z odmiany nazwy tego miasta), gdzie będziemy mieć przesiadkę. A z ciekawostek loka

  • Czy w Krabi są kraby?

    Odpowiedź brzmi tak, są i to mnóstwo. Wystarczy udać się w pobliże rzeki, tu znajdziemy spory pomnik kraba. Poza tym na brzegu rzeki siedzi ich całe mnóstwo...

  • Pociągiem do raju

    Jeśli planujemy udać się z Bangkoku na południe Tajlandii np. na Phuket, Krabi czy wyspy radziłbym skorzystanie z opcji podróży pociągiem. W ten sposób będziemy

Komentarze
2011/04/05 22:51:38
Publikuj swoje teksty w wirtualnym Czasopiśmie tworzonym przez wszystkich Czytelników.

Promuj swój blog lub pisz anonimowo.

WIRTULANDIA.pl - czytamy, publikujemy, komentujemy - docieramy do wszystkich.

Tematyka dowolna. U nas wszystko ma szansę na publikację.

Zapraszamy do wzięcia udziału w nowym projekcie.